Portugalia-Algarve, wakacje last minute

Z powodu braku zdecydowania tegorocznej pogody postanowiliśmy ruszyć w Świat. Chcieliśmy polecieć na Sycylię, ale efekt naszego czekania był, taki że nie dość że cena poszła sporo w górę to jeszcze pokończyły się miejsca na tym kierunku. Ostatecznie dzień przed planowanym wylotem udało się nam kupić wczasy w Portugalii – Algarve.

Teraz tylko szybkie pakowanie, dojazd z Krakowa do Warszawy, znalezienie naszego parkingu Euro-Style (nie polecam!!!) odprawa i już lecieliśmy do Portugali. Mieliśmy małe obawy jak te 4,5 godziny lotu przeżyje (a my razem z nim) nasz roczny synek, ale nie było z tym problemu. Zanim samolot wystartował, młody już spał. Podobnie podszedł też do lądowania.

W Faro przywitał nas cudowny powiew ciepłego powietrza, którego bardzo byliśmy spragnieni, po zimnym i deszczowym maju w Polsce. Słońce! Tego nam brakowało!!!:) Transfer do miejscowości Quarteira trwał ok. 30 minut.

Hotel Quarteira Sol w którym zamieszkaliśmy to dobra propozycja dla ludzi którzy lubią hotele miejskie. Nieduże pokoje (część z balkonami cześć z bez balkonów), ale całkiem niezły serwis. W tym czasie, nas Polaków, było niewielu, większość turystów to Anglicy i Portugalczycy od których wieczorami w lobby barze było gwarnie. My nastawieni byliśmy jednak na zwiedzanie okolic.

Na początek zbadaliśmy całe miasteczko. Od „sypialni” z apartamentami i hotelami, po przez miejsca bardziej tubylcze, po starą i ładną część Quarteira z wiekowym i skromnym kościółkiem. Bardzo nam się tam podobało, dlatego wąskimi uliczkami, pomiędzy domkami wyłożonymi różnorodną ceramiką spacerowaliśmy pół dnia i dopiero głód przywołał nas do porządku. Kupiliśmy w mini mercado słoik oliwek, kawałek serka koziego, chleb i usiedliśmy w cieniu na ławeczce pogadać i zjeść. Przy okazji przekonaliśmy się ze nasz synek jest wielkim smakoszem i entuzjastą oliwek :)

Następnego dnia raniutko wybraliśmy się na wycieczkę do pobliskiej Villamoura. W drodze z Quarteira trafiliśmy na lokalny targ owocowy i rybny. Bardzo się nam tu spodobało. Przed zakupem byliśmy „kuszeni” przez sklepikarzy słodkimi owocami, a sklepikarze przy zakupie dodatkowo od siebie dodawali a to garść czereśni, a to pomarańcze. Jeszcze tylko mała czarna na targu (cena tylko 60 centów) i w drogę. Robi się coraz cieplej. Cały spacer z Quarteira do Villamoura synek przespał smacznie w wózku, a my oglądając krajobraz gadaliśmy i podpijaliśmy zimnego Super Bocka. Do Villamoura weszliśmy od strony portu. Miejsce trochę jak z Mody na Sukces, wielkie łodzie motorowe, jachty, a na nich wygrzewający się do słońca właściciele, panie w kostiumach popijające kolorowe drinki. Jest na co popatrzeć. Port w obejściu duży, a wzdłuż niego ciągną się puby i restauracje. Siedząc na kawie zastanawialiśmy się dlaczego anglików wszędzie na świecie tak ciągnie do tych topornie urządzonych angielskich pubów? Do dzisiaj nie wiem w czym tkwi ich fenomen, bo chyba nie chodzi o bezpłatne wi-fi??? W końcu doszliśmy do końca portu, a tam śliczna, długa kilkukilometrowa plaża cudo. To miejsce które najbardziej nam się podobało. Wydmy, chodniczek ułożony z deseczek, gruby żółty piasek i mało ludzi. Jakie to było inne od tego co jeszcze przed chwilą mijaliśmy w porcie. Przerwa, na figle, na chodzenie boso po piasku i zdjęcia, a potem powrót.

Kolejnego dnia po śniadaniu i krótkim spacerze postanowiliśmy ruszyć dalej. Wsiedliśmy w pierwszy autobus przejeżdżający przez dworzec a ten zabrał nas do Loule, miasteczka znanego głownie z odbywającego się raz w tygodniu targu. Jednak nie targ, tak zachwalany w przewodnikach mnie ujął, a wąskie brukowane uliczki, urokliwe kamieniczki, hibiskusy i wszędzie płynąca z głośników lekka i przyjemna muzyka. Tam czas jakby trochę zwolnił.

Właśnie dlatego zjedliśmy tam lunch, i był to chyba najstarszy w okolicy bar. Wszystko smacznie i bez zbędnej przesady. Lubimy takie miejsca. Usiąść spróbować coś miejscowego, posłuchać i popatrzeć na zwykłych ludzi. Bo choć głośni to sprawiają wrażenie, że czas ma dla nich drugorzędne znaczenie. Liczy się tylko teraz, leniwe minuty spędzane na plotkach przy kawie, na obiedzie ze znajomymi i z rodziną. Siedzieliśmy tam jakiś czas więc mogliśmy się trochę poczuć jak Portugale ;) Do hotelu wracaliśmy późnym popołudniem. W drodze powrotnej w busie spotkaliśmy, znajomą z porannej drogi, rodzinę Pakistańczyków, a nasz młody szczerzył do nich swoje małe cztery ząbki i chętnie dał się zaczepiać. Ogólnie uznaliśmy, że jest to dziecko idealne na wyjazdy. Niczego się nie boi, nie marudzi, ciekawie ogląda świat i ludzi dookoła.

Zachęceni wycieczką do Loule, postanowiliśmy kolejnego dnia zobaczyć także Faro (tłumacząc słowo Faro na polski to „latarnia”). I Tym razem zabrał nas autobus. Na miejscu przeszliśmy najpierw wzdłuż portu, deptakiem przy murach obronnych, oglądaliśmy park Ria Famosa. Droga zaprowadziła nas na starą niedużą zabytkową część Faro. Właściwie przeszłość miasta nie jest dokładnie znana. Przed tym jak stała się mauretańska metropolią, Faro było miejscem handlowym greków i rzymian. Ta mieszanka stylów, jest pewnie powodem panującego trochę magicznego klimatu miasta. Sercem starówki jest bez dwóch zdań dumnie panujący budynek katedry Se – renesansowej budowli z dzwonnicą z XIII wieku. Niestety nie udało nam się zobaczyć kaplicy kości, czego teraz żałuję. Trochę nasza wina, trochę mam żal, że w informacji turystycznej nam o tym nie powiedziano. Jak doczytałam później kaplica jest wyłożona kośćmi ludzkimi z pobliskiego cmentarza. Ktoś ponoć podjął się nawet próby liczenia i doliczył się ich 1245. Dalszą część dnia postanowiliśmy przeznaczyć na relaks. Spacer po parku wśród przechadzających się pawi, lody w dzielnicy handlowej. Sielsko i spokojnie, nie wiadomo kiedy zrobił się wieczór. Pora była wracać.

Zmęczeni po ostatnich zwiedzeniach, przedostatni dzień spędziliśmy na leniuchowaniu na plaży. W czasie kiedy chłopaki bawili się razem, ja chodziłam plażą wzdłuż oceanu i zbierałam muszle.

Co przywieźliśmy z Portugalii? Oczywiście Porto, oliwę z pieprzem, dobre nastroje. Słońce niestety nie chciało jechać z nami, mówiło że na stałe mieszka na południu…

Zapraszam do mojej galerii zdjęć.

Dodaj komentarz